Życie duchowe

 

O odpuszczeniu w odsłonach czterech
 
Znamy ją na pamięć. Wszyscy bez wyjątku. No może poza maluchami. Ty, który jesteś jej odbiorcą. Ja, który jestem i jej odbiorcą, i jej szafarzem. Tak samo przecież klękamy u kratek konfesjonału. Choć znaleźć ją można w księgach liturgicznych, to jednak dla nas, kapłanów jest niepisanym a jednak obwiązującym prawem. A może nawet czymś więcej? Nie wiadomo, bowiem, kiedy i w jakich okolicznościach przyjdzie ją nam wypowiedzieć. Nie ma miejsca na pomyłkę. Od niej może zależeć wszystko. Od niej może zależeć zbawienie. Formuła rozgrzeszenia.
 
Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła i ja odpuszczam Tobie grzechy w imię Ojca, i syna i Ducha Świętego.
 
Choć prosta, to jednak bogata w treść. Ponadto, to coś więcej niż tylko formuła; to modlitwa, kapłan (którą w imieniu Kościoła) odmawiając nad penitentem zanosi w jego intencji. Przyjrzyjmy się jej w czterech odsłonach, które wyznaczają cztery dzielące ją przecinki.
 
Odsłona pierwsza: Bóg                       
 
Bóg. Ktoś, kto jest. Kto nie jest człowiekiem. Kto jest – jak mówią teologowie – całkowicie inny. Kto jest –– radykalnie odmienny. Kto jest –odległy i bliski zarazem.
 
Odsłona druga: Ojciec miłosierdzia
Ojciec jest dla mnie synonimem źródła. Z Niego wszystko wypływa. Z Niego bierze swój początek. I świat. I człowiek. I miłosierdzie. Największy z jego przymiotów. To, „czym” sam jest. To z czego jest „utkany”.
 
Odsłona trzecia: który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów
 
Genialnie streszczona historia zbawienia. Nic dodać, nic ująć. Bóg się wciela. Staje się człowiekiem, by człowieka ze sobą pojednać. Narzędziem pojednania staje się krzyż. Gdyby nie krzyż i śmierć, nie byłoby zmartwychwstania. Gdyby nie zmartwychwstanie, nie byłoby darów Zmartwychwstałego. Ciąg przyczyn i skutków. Do bólu przejrzyste. Do bólu proste. Do bólu logiczne.
 
Odsłona czwarta: niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła i ja odpuszczam Tobie grzechy w imię Ojca, i syna i Ducha Świętego
 
Przebaczenie i pokój choć przychodzą przez człowieka – przez posługę Kościoła – są Bożym darem. Kościół w imię Boże i z Bożego namaszczenia staje się ich szafarzem. Daje z tego, co sam otrzymał – z władzy odpuszczania grzechów.
 
Anglosasi mawiają last but not least – choć ostatni, to jednak niepozbawiony znaczenia. Ów zwrot genialnie definiuje, czym jest formuła rozgrzeszenia. Choć w ostatnia w porządku spowiedzi (po wyznaniu grzechów i pouczeniu) to jednak jej rola jest niepoślednia.
 
Przed nami Wielki Post. Czas, w którym, daj Boże, częściej będziemy korzystać z sakramentu pokuty. Pozwólmy więc i formule rozgrzeszenia odegrać należną jej rolę. Amen.
 
Tekst i zdjęcie (Kafarnaum): ks. Michał Palowski KM  
 
 
 
 

 

 

Orędzie Ojca Świętego na XX Światowy Dzień Chorego 
(11 lutego 2012 r.)
 

«Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła» (Łk 17, 19)

 

Drodzy bracia i siostry!

Z okazji Światowego Dnia Chorego, który będziemy obchodzili 11 lutego 2012 r., we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Lourdes, pragnę ponowić moją duchową bliskość ze wszystkimi chorymi, którzy przebywają w szpitalach i innych domach opieki zdrowotnej, bądź są pielęgnowani w domach rodzinnych, i zapewnić wszystkich o trosce i miłości całego Kościoła. Przyjmując wielkodusznie i z miłością każde ludzkie życie, przede wszystkim słabe i chore, chrześcijanin wyraża ważny aspekt swojego ewangelicznego świadectwa, biorąc przykład z Chrystusa, który pochylał się nad materialnymi i duchowymi chorobami człowieka, aby je leczyć.

1. W tym roku, stanowiącym przygotowanie do zbliżającego się uroczystego Światowego Dnia Chorego, który będzie obchodzony w Niemczech 11 lutego 2013 r. i poświęcony wzorcowej postaci ewangelicznego Samarytanina (por. Łk 10, 29-37), chciałbym położyć nacisk na «sakramenty uzdrowienia», tzn. sakrament pokuty i pojednania, a także sakrament namaszczenia chorych, które osiągają  swoją naturalną pełnię w Komunii eucharystycznej.

Spotkanie Jezusa z dziesięcioma trędowatymi, opowiedziane w Ewangelii św. Łukasza (por. Łk 17, 11-19), a w szczególności słowa, które Chrystus Pan kieruje do jednego z nich: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła» (w. 19), pomagają uświadomić sobie, jak ważna jest wiara dla osób, które pod ciężarem cierpienia i choroby zbliżają się do Pana. W spotkaniu z Nim mogą rzeczywiście doświadczyć, że kto wierzy, nigdy nie jest sam! Bóg bowiem w swoim Synu nie zostawia nas samych z naszymi niepokojami i cierpieniami, ale jest z nami, pomaga nam je znosić i pragnie uzdrowić do głębi nasze serce (por. Mk 2, 1-12).

Wiara owego trędowatego, który widząc, że został uzdrowiony,  jako jedyny – w odróżnieniu od pozostałych – pełen zdumienia i radości natychmiast wraca do Jezusa, by wyrazić Mu swoją wdzięczność, pozwala dostrzec, że odzyskane zdrowie jest znakiem czegoś cenniejszego od zwykłego wyleczenia w sensie fizycznym, jest znakiem uzdrowienia, którym Bóg obdarza nas za pośrednictwem Chrystusa; wyrażają to słowa Jezusa: twoja wiara cię uzdrowiła. Ten, kto w cierpieniu i chorobie wzywa Pana, może być pewnym, że Jego miłość nigdy go nie opuści i że również miłość Kościoła, który jest przedłużeniem w czasie zbawczego dzieła Chrystusa, nigdy go nie zawiedzie. Wyzdrowienie fizyczne, wyraz głębszego uzdrowienia, ukazuje tym samym, jakie znaczenie ma dla Chrystusa cały człowiek, z duszą i ciałem. Każdy sakrament zresztą wyraża i uobecnia bliskość samego Boga, który w sposób absolutnie bezinteresowny «dociera do nas poprzez rzeczy materialne, (…) którymi się posługuje, czyniąc je narzędziem służącym naszemu spotkaniu z Nim» (Homilia podczas Mszy św. Krzyżma, 1 kwietnia 2010 r.). «Staje się widoczna jedność stworzenia i odkupienia. Sakramenty są wyrazem cielesności naszej wiary, która obejmuje ciało i duszę – całego człowieka» (Homilia podczas Mszy św. Krzyżma, 21 kwietnia 2011 r.).

Głównym zadaniem Kościoła jest z pewnością głoszenie królestwa Bożego, «ale właśnie samo to głoszenie powinno być procesem uzdrawiania: 'bym opatrywał rany serc złamanych' (Iz 61, 1)» (tamże), zgodnie z misją powierzoną uczniom przez Jezusa (por. Łk 9, 1-2; Mt 10, 1. 5-14; Mk 6, 7-13). Związek między zdrowiem fizycznym i odnową zranionej duszy pomaga nam zatem lepiej zrozumieć «sakramenty uzdrowienia».

2. Na sakramencie pokuty często skupiała się refleksja pasterzy Kościoła, właśnie ze względu na jego wielkie znaczenie na drodze chrześcijańskiego życia, ponieważ «cała skuteczność pokuty polega na przywróceniu nam łaski Bożej i zjednoczeniu nas w przyjaźni z Bogiem» (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1468). Kościół, nadal głosząc przebaczenie i pojednanie, o którym mówił Jezus, nieustannie zachęca całą ludzkość do nawrócenia się i wiary w Ewangelię. Apeluje słowami apostoła Pawła: «W imieniu Chrystusa spełniamy posłannictwo jakby Boga samego, który przez nas udziela napomnień.  W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem!» (2 Kor 5, 20). Jezus w swoim życiu głosi i uobecnia miłosierdzie Ojca. Przyszedł nie po to, by potępiać, lecz by przebaczać i zbawiać, by dawać nadzieję także w najgłębszych mrokach cierpienia i grzechu, by obdarzać życiem wiecznym; toteż w sakramencie pokuty, dzięki «lekarstwu spowiedzi», doświadczenie grzechu nie przeradza się w rozpacz, lecz spotyka się z Miłością, która przebacza i przemienia (por. Jan Paweł II, Posynodalna adhortacja apostolska Reconciliatio et paenitentia, 31).

Bóg, «bogaty w miłosierdzie» (Ef 2, 4), jak ojciec z ewangelicznej przypowieści (por. Łk 15, 11-32) nie zamyka serca przed żadnym ze swoich dzieci, ale czeka na nie, szuka ich, dociera do nich, kiedy na skutek odrzucenia wspólnoty  popadają w niewolę odosobnienia i podziału, wzywa je, by zgromadziły się wokół Jego stołu, radośnie uczestnicząc w święcie przebaczenia i pojednania. Chwila cierpienia, w której mogłaby się zrodzić pokusa, by poddać się zniechęceniu i rozpaczy, przemienia się wówczas w czas łaski, pozwalający wejść w siebie i podobnie jak syn marnotrawny z przypowieści, zastanowić się nad własnym życiem, uznając błędy i upadki, zatęsknić za Ojcem i Jego bliskością oraz wyruszyć w drogę powrotną do Jego Domu. On w swojej wielkiej miłości zawsze i wszędzie czuwa nad naszym życiem i czeka na nas, by każdemu dziecku, które do Niego wraca, ofiarować dar pełnego pojednania i radości.

3. Z lektury Ewangelii wynika wyraźnie, że Jezus zawsze okazywał chorym szczególne względy. Nie tylko wysyłał swoich uczniów, by leczyli ich rany (por. Mt 10, 8; Łk 9, 2; 10, 9), ale także ustanowił dla nich specjalny sakrament: namaszczenie chorych. List św. Jakuba zaświadcza o istnieniu tego gestu sakramentalnego już w pierwszej wspólnocie chrześcijańskiej (por. 5, 14-16): poprzez namaszczenie chorych, któremu towarzyszy modlitwa prezbiterów, cały Kościół poleca chorych Panu cierpiącemu i uwielbionemu, aby On ulżył ich udrękom i ich uzdrowił, a wręcz wzywa ich do duchowego jednoczenia się z męką i śmiercią Chrystusa, by w ten sposób przyczyniali się do dobra ludu Bożego.

W tym sakramencie kontemplujemy podwójną tajemnicę, w jakiej Jezus znalazł się w sposób dramatyczny na Górze Oliwnej, gdzie Ojciec wskazał Mu drogę męki jako najwyższy akt miłości, którą On przyjął. W tej godzinie próby Chrystus jest pośrednikiem, «przenosząc na siebie, biorąc na siebie cierpienie i mękę świata, przemieniając je w wołanie do Boga, zanosząc je przed oczy Boga i składając w Jego ręce, a tym samym doprowadzając je rzeczywiście do momentu odkupienia» (Lectio divina, Spotkanie z duchowieństwem Rzymu, 18 lutego 2010 r.). «Ogród Oliwny jest (...) także miejscem, z którego wstąpił On do Ojca, jest zatem miejscem odkupienia (…). To podwójne misterium Góry Oliwnej jest również wiecznie 'żywe' w sakramentalnych olejach Kościoła (...), olej jest znakiem dobroci Boga, która nas dotyka» (Homilia podczas Mszy św. Krzyżma, 1 kwietnia 2010 r.). W namaszczeniu chorych olej – materia sakramentu – jest nam dany «jako Boże lekarstwo – jako lek, który w tym momencie upewnia nas co do Jego dobroci, który ma nas umocnić i pocieszyć, ale który jednocześnie, niezależnie od choroby, kieruje myśl ku ostatecznemu uzdrowieniu, ku zmartwychwstaniu (por. Jk 5, 14)» (tamże).

Sakrament ten zasługuje dziś na większą uwagę zarówno w refleksji teologicznej, jak w działalności duszpasterskiej wśród chorych.  Wykorzystanie treści modlitwy liturgicznej, które można stosować w różnych sytuacjach życiowych związanych z chorobą, a nie tylko u kresu życia (por. Katechizm Kościoła Katolickiego, 1514) sprawia, że namaszczenie chorych nie powinno być uważane za sakrament jakby mniej ważny od innych. Otoczenie chorych uwagą i opieką duszpasterską jest z jednej strony znakiem czułości Boga dla cierpiących, a z drugiej przynosi duchową korzyść również kapłanom i całej wspólnocie chrześcijańskiej, ponieważ wszystko to, co czyni się najmniejszemu z braci, czyni się samemu Chrystusowi (por. Mt 25, 40).

4. O «sakramentach uzdrowienia» św. Augustyn mówi: Bóg «leczy wszystkie twoje słabości. Zostaną uleczone wszelkie twoje słabości, nie lękaj się. (…) Pozwól tylko dać się uleczyć, nie odtrącaj Jego ręki» (Objaśnienie Psalmu 102, 5 [tłum. Jan Sulowski]: PL 36, 1319-1320). Są to cenne narzędzia Bożej łaski, które pomagają choremu w coraz pełniejszym upodobnieniu się do tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Mówiąc o tych dwóch sakramentach, chciałbym podkreślić także znaczenie Eucharystii. Gdy zostaje ona przyjęta w chorobie, w nadzwyczajny sposób przyczynia się do tej przemiany, włączając osobę, która karmi się Ciałem i Krwią Jezusa, w ofiarę, którą On złożył Ojcu z samego siebie dla zbawienia wszystkich. Cała wspólnota kościelna, a szczególnie wspólnoty parafialne powinny starać się zapewnić możliwość częstego przystępowania do komunii sakramentalnej osobom, które z powodów zdrowotnych lub ze względu na wiek nie mogą odwiedzać miejsc kultu. W ten sposób tym braciom i siostrom zostaje dana możliwość umocnienia więzi z Chrystusem ukrzyżowanym i zmartwychwstałym poprzez uczestniczenie, dzięki ofierze własnego życia, złożonej z miłości do Chrystusa, w misji Kościoła. W tej perspektywie ważne jest, by kapłani, którzy pełnią swoją delikatną posługę w szpitalach, w klinikach i w domach chorych, czuli się prawdziwymi «'sługami chorych', znakiem i narzędziem, poprzez które współczucie Chrystusa musi dotrzeć do każdego człowieka dotkniętego cierpieniem» (por. Orędzie na XVIII Światowy Dzień Chorego, 22 listopada 2009 r.).

Upodobnienie do paschalnej tajemnicy Chrystusa, dokonujące się również przez praktykowanie duchowej komunii, nabiera szczególnego znaczenia, kiedy Eucharystia zostaje udzielona i przyjęta jako wiatyk. W tym momencie życia w sposób jeszcze wyraźniejszy brzmią słowa Pana: «Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym» (J 6, 54). Eucharystia bowiem – zwłaszcza jako wiatyk – jest, zgodnie z definicją św. Ignacego z Antiochii, – «lekarstwem nieśmiertelności, antidotum na śmierć» (List do Efezjan, 20: PG 5, 661), sakramentem przejścia ze śmierci do życia, z tego świata do Ojca, który czeka na wszystkich w niebieskiej Jerozolimie.

5. Temat tego Orędzia na XX Światowy Dzień Chorego: «Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła», nawiązuje również do bliskiego już Roku Wiary, który rozpocznie się 11 października 2012 r. i będzie pomyślną i cenną okazją do odkrywania na nowo siły i piękna wiary, by zgłębić jej treść i dawać o niej świadectwo w życiu codziennym (por. List apost. Porta fidei, 11 października 2011 r.). Pragnę zachęcić chorych i cierpiących, aby znajdowali zawsze bezpieczną kotwicę w wierze, która karmi się słuchaniem Słowa Bożego, osobistą modlitwą i sakramentami, podczas gdy pasterzy zapraszam, aby byli zawsze gotowi do ich udzielania chorym. Niech kapłani na wzór Dobrego Pasterza jako przewodnicy powierzonej im owczarni, będą pełni radości, opiekuńczy wobec osób najsłabszych, ubogich, grzeszników i ukazują nieskończone miłosierdzie Boga napawającymi otuchą słowami nadziei (por. św. Augustyn, Epistola 95, 1: PL 33, 351-352).

Tym, którzy pracują w służbie zdrowia, jak również rodzinom, które widzą w swoich bliskich cierpiące oblicze Pana Jezusa, jeszcze raz dziękuję w imieniu własnym i całego Kościoła, że poprzez fachowe umiejętności i milczącą obecność, niejednokrotnie nawet bez wymawiania imienia Chrystusa, w konkretny sposób świadczą o Chrystusie (por. Homilia podczas Mszy św. Krzyżma, 21 kwietnia 2011 r.).

Do Maryi, Matki Miłosierdzia i Uzdrowienia Chorych, wznosimy nasze ufne spojrzenie i naszą modlitwę; niech Jej macierzyńskie współczucie, którego doznawała, stojąc obok Syna umierającego na krzyżu, otacza i wspiera wiarę i nadzieję każdej osoby chorej i cierpiącej w procesie leczenia ran duszy i ciała.

Wszystkich zapewniam o pamięci w modlitwie i udzielam każdemu specjalnego Błogosławieństwa Apostolskiego. 

 

 

Watykan, 20 listopada 2011 r., uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata.

Benedictus PP XVI





 
 
 

 

 

Konwent Związku Polskich Kawalerów Maltańskich,
Poznań, Muzeum Archidiecezjalne,
10.12.2011 r.
 
Zakon Maltański naszym domem
słowo bp. Andrzeja Dziuby na otwarcie Konwentu
 
 
Ekscelencjo, Najdostojniejszy Księże Arcybiskupie Metropolito Poznański,
Dostojni Kapelani,
Czcigodne Damy,
Czcigodni Kawalerowie,
Wszyscy Zgromadzeni,
 
            W ostatnim czasie często słyszymy w kościele: „Kościół domem i szkołą komunii”. Warto w kontekście tego sformułowania przywołać niezapomniane słowa bł. Jana Pawła II: „czynić Kościół domem i szkołą komunii to wielkie zadanie, jakie czeka nas w rozpoczynającym się tysiącleciu, jeśli chcemy pozostać wierni Bożemu zamysłowi, a jednocześnie odpowiedzieć na najgłębsze oczekiwania świata” (Novo Millenio Ineunte, 43).
Zatem komunia z Bogiem, ten wertykalny wymiar każdego ochrzczonego. Ale jednocześnie także komunia z ludźmi, horyzontalny wymiar życia każdego ochrzczonego. Te dwa wymiary wymagają się wzajemnie. Nie można uważać, że wystarczy jeden z nich. Konieczne jest odniesienie do Boga i do bliźnich. Chciałbym w moim wystąpieniu zawrzeć trzy punkty, które koncentrują się na odniesieniu horyzontalnym. To kolejna próba spojrzenia na Kościół jako na wspólnotę bardzo dynamiczną z Bogiem i ludźmi.
1.      Troszczyć się o siebie i bliźnich
Zakon nasz na fundamencie komunii z Bogiem pragnie twórczo budować zakonne relacje z bliźnimi, a szczególnie relacje wewnątrz naszej wspólnoty, a zwłaszcza między sobą. Od doświadczenia bliskości Boga chcemy nieustannie przechodzić do doświadczenia bliskości człowieka, jego życia i pielgrzymowania. Chcemy przyczyniać się do większego zaangażowania naszego Zakonu w dzieła charytatywne. Pragniemy praktycznie żyć ewangelicznym braterstwem między ludźmi. To jest to, do czego nas w szczególny sposób obliguje wielka tradycja, teraźniejszość i ewangeliczna nadzieja naszej wspólnoty.
Ta nadzieja zakonna oparta jest na duchowej jedności wiary. Nie możemy zatem zapomnieć także, że nasz Zakon, w tym także nasz Związek, musi ciągle ożywiać w duchu Ewangelii swoje relacje z pasterzami Kościoła, z prezbiterami, z innymi osobami życia konsekrowanego, a także z wieloma, którzy posługują na płaszczyźnie apostolskiej.
Możemy zatem, przywołując tegoroczne hasło roku duszpasterskiego w Polsce, w jakimś sensie powiedzieć, że Zakon, czy nasz Związek jest także naszym domem. Bowiem w sposób naturalny jakby w tej wspólnocie domowej jaką tworzymy, możemy się lepiej poznać, możemy głębiej przyjąć i zrozumieć tajemnicę Kościoła, który my tworzymy. Bo Kościół to nie tylko papież, biskupi i księża. Kościół to jest wspólnota, która jest owocem Pięćdziesiątnicy Ducha Świętego. I chyba możemy powiedzieć także, że jednym z małych owoców Pięćdziesiątnicy jest zrodzony u samych fundamentów Zakon Kawalerów Maltańskich.
Trzeba zatem, abyśmy ciągle na nowo jeszcze pełniej odkrywali nasze miejsce w Kościele i abyśmy w tym Kościele czuli się dobrze. A przede wszystkim jako Zakon, abyśmy byli współodpowiedzialni za Kościół, zwłaszcza w jego rozwoju świętości.
Stajemy jako Zakon także wobec wielkich wyzwań współczesnej kultury, która niekoniecznie jest życzliwa wartościom chrześcijańskim. Wydaje się, że często wręcz preferuje ona antywartości. Stąd na nas ciąży szczególne zobowiązanie wybierania wartości i to wybierania ich w budowaniu życia duchowego, które często jest rozchwiane, nawet niekiedy zanika. Taka jest współczesna rzeczywistość, co nie oznacza zaniechania podejmowania w duchu wiary wyzwań współczesności.
2.      Działać w jedności i wspólnocie zakonnej
Chcemy tworzyć i ożywiać struktury naszego Związku i chcemy je widzieć jako narzędzia dane nam, abyśmy z nich roztropnie korzystali, abyśmy byli za nie odpowiedzialni, abyśmy nadawali im właściwy kształt i dynamikę działania. Czyńmy to mając świadomość, że te struktury są przekazem wiary, są misją wspólnoty naszego Zakonu.
Tę odpowiedzialność za Zakon będziemy traktować naprawdę twórczo, kiedy uznajemy, szanujemy i kochamy nasz Związek. Bo on stwarza każdemu z nas możliwość pełnego realizowania każdego powołania chrześcijańskiego, a także wielu specjalnych darów, talentów, a nawet chryzmatów. To wszystko winno służyć budowaniu tu i teraz królestwa Bożego.
Pragniemy, aby struktury naszego Związku podnosiły wyżej jakość naszej odpowiedzialności za charyzmat naszego Zakonu. Chcemy, aby dobra materialne jakimi dysponujemy były bardziej twórcze. Patrząc zaś na realia życia naszego Związku dostrzegamy, że jest jeszcze wiele do zrobienia.
Współcześnie dostrzegamy, że płaszczyzn naprawy naszych działań jest wiele, że często spotykamy pewne pozory działania. Istnieje zatem potrzeba głębszego zaangażowania tak Kapelanów, Dam i Kawalerów w pracę nad tym, abyśmy dobra, które myśmy uczynili stawały się jeszcze bardziej użytecznymi, pamiętając, że główne imię tej użyteczności wyznacza nam nauczanie Kościoła.
Bardzo ważnym wyzwaniem jest świadomość, że potrzebna jest stała formacja wszystkich członków naszego Związku i to nawet formacja wówczas, kiedy wydaje się, że struktury kapelańskie nie wypełniają do końca swoich zadań. Kapelani winni być bardziej zaangażowani i bliżej Związku.
3.      Miłować Zakon i nim żyć we wspólnocie
Zakon naszym domem, co to znaczy? Piękne słowo, pojęcie znane, zrozumiałe, ale i mocno zobowiązujące. Każdy ma własne skojarzenia z tym słowem, ale na pewno rodzina, bezpieczeństwo, ciepło, budowanie wspólnoty jawią się jako pewne skojarzenia. Miejsce, gdzie każdy ma swoją rolę do spełnienia, swoje prawa, ale i swoje obowiązki. Zatem porównanie do domu rodzinnego uświadamia nam, że jesteśmy współodpowiedzialni za Zakon, aby był on filarem i podporą prawdy. Nie możemy zatem ograniczać się do roli widza, do roli tego, który stawia wymagania, czegoś domaga się. Nie możemy Zakonu traktować jako instytucji usługowej, jako urzędu i tylko pewnego zewnętrznego znaku, który może nam jest przydatny.
Nie powinniśmy także w naszym Związku być gośćmi tylko, którzy pojawiają się na Konwencie, a może jeszcze rzadziej i których wiele rzeczy niewiele obchodzi. To wielkie zmaganie i zarazem pytanie. Zakon naszym domem, co to znaczy i co oznacza, to także pytanie i zarazem zadanie angażujące rodzinę i bliskich.
To miejsce współpracy między wszystkimi członkami, którzy stanowią różne wspólnoty. Miejsce współpracy tych, którzy pragną życzliwej obecności i zaangażowania w życie Związku, które ma wiele dzieł społecznych i kulturalnych. To jest odpowiedzialność i współodpowiedzialność, która sięga do „tiutio fidei et obsequium pauperum” także w lokalnych warunkach i oczekiwaniach.
Chcemy, aby nasz Zakon był szkołą wiary i apostolskiego zaangażowania, które także winno odnosić się do obrony życia, katolickiego modelu małżeństwa i rodziny, świętowania niedzieli, żywej obecności wartości chrześcijańskich w życiu publicznym. To jest nasze codzienne być chrześcijaninem przepełnionym wiarą.
Jak nam podpowiada Ojciec św. Benedykt XVI tą wielość i moc zadań jesteśmy w stanie podjąć i wypełnić, jeżeli nasze życie oparte będzie na czterech filarach: na Eucharystii i modlitwie, na wierze apostołów przekazywanej w żywej tradycji Kościoła oraz na wspólnocie braterskiej. Tylko w ten sposób, jak kontynuuje papież Benedykt, trwając we wspólnocie z Chrystusem, Zakon może owocnie pełnić swoją misję ewangelizacyjną, która obejmuje wielość dzieł i kierunków oddziaływania.
Chcemy, jak wspomniał to Ksiądz Arcybiskup Metropolita Poznański, tę myśl polecić Matce Najświętszej z Filermo i bł. Gerardowi, naszym wielkim Patronom. Pamiętając także o żywym wstawiennictwie i żywej obecności w naszej rodzinie zakonnej bł. Jana Pawła II, zakochanego w Zakonie Maltańskim i jego duchowości. Wierząc, że droga, którą idziemy jest najwłaściwsza dla naszego Zakonu w naszych czasach, dla Zakonu, który jest naszym domem.
 
Dziękuję bardzo za modlitwę, pamięć o mojej Mamie i pragnę prosić o usprawiedliwienie, że udam się do mojego domu rodzinnego w Wieczynie koło Pleszewa. Dziękuję bardzo wam, Kapelani, Damy i Kawalerowie za dar jedności i modlitewną pamięć.
 
 

 

 

 Boże Narodzenie. Święta dotrzymanego Słowa
Ja niżej podpisany (…) w obecności Naczelnika Straży Ratunkowej w.p.(...) oraz świadka w.p.(...) dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego Zastępcy – bez względu na porę roku, dnia i stan pogody – stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie odpowiednio na wyprawę zaopatrzony i udam się w góry według marszruty i wskazań Naczelnika lub jego Zastępcy w celu poszukiwań zaginionego i niesienia mu pomocy. Postanowienia statutu Pogotowia i regulaminu dla członków czynnych będę wykonywał ściśle, jak również rozkazy Naczelnika, jego Zastępcy i Kierowników Oddziałów. Obowiązki swe pełnił będę sumiennie i gorliwie, pamiętając, że od mego postępowania zależnem być może życie ludzkie. W zupełnej świadomości przyjętych na się trudnych obowiązków i na znak dobrej swej woli powyższe przyrzeczenie przez podanie ręki Naczelnikowi potwierdzam.
 
Przypuszczam – nawet jestem tego pewien – że generał Mariusz Zaruski pisząc w 1909 roku przysięgę dla pierwszych ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego nie spodziewał się, że rota, która wyszła spod jego pióra stanie się kanwą naszych dzisiejszych okołobiblijnych rozważań. A jednak to właśnie w niej zbiegają sie dwa najważniejsze wątki tej cichej i świętej nocy oraz dzisiejszego dnia, który po niej nastąpił. Po pierwsze płynie z niej prawda o tym, że Bóg stał sie człowiekiem, by go uratować. Po wtóre, że wcielając sie dotrzymał danego kiedyś człowiekowi słowa.
 
Wertując Biblię – nawet pobieżnie – można dojść do przekonania, że owe dwa motywy, a więc ratowanie życia (wiecznego) człowieka, który ma genetyczną skłonność do pakowania sie w grzeszne tarapaty oraz dochowanie wierności danemu słowu – towarzyszą czytelnikowi od początku do końca. Innymi słowy, stanowią one jej osnowę począwszy od starotestamentalnej Księgi Rodzaju, gdzie zapisana jest protoewangelia (pierwsza dobra nowina): Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie i niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę (Rdz 3,15) a skończywszy na świętojanowej Apokalipsie: Zaiste, przyjdę niebawem (Ap 22,20). Wypełnieniem zaś tych obietnic, dotrzymanym Słowem jest Jezus. Osoba i dzieło, na które w równym stopniu to, co zrobił, gdy przyszedł i to, co zrobi, gdy przyjdzie powtórnie.    
 
W Talmudzie jest napisane, że kto ocalił jedno życie, ratuje cały świat. Przez kilka minionych dni miałem okazję obserwować młodych ludzi – Anię, Marka, Tomka, Kingę, Weronikę, Klaudię, Łukasza, Karola  – którzy włączyli się w przygotowanie wieczerzy wigilijnej dla ubogich. Powiedzieli, że przyjadą pomóc i przyjechali. Pakowali paczki. Sprzątali. Nie zmienili świata. Nie powstrzymali toczących się wojen. Nie złagodzili kryzysu i jego skutków. A jednak jestem przekonany, że kilkudziesięciu rodzinom ocalili ich mały świat. Bo, żeby uratować człowieka nie wcale trzeba iść w góry i przeczesywać lawiniska. Czasami wystarczy podrzucić komuś coś, czego zapomniał; wysłać życzliwego sms’a, szczerze się uśmiechnąć, dotrzymać danego słowa w najmniejszej ze spraw.
 
Długo myślałem nad tym, jak całość spointować. Jak zakończyć. W jaki sposób postawić kropkę nad i. Zrobili to za mnie inni. Ci, o których dziś mówię. Dziękuję im.
 
 ks. Michał Palowski KM
 
 
 
 
 
 
 
Quod capita tot sensus. Ile głów, tyle opinii. A tym samym ile głów, tyle bardzo osobistych: sądów o, pomysłów na i definicji czegoś. Także miłości. Szczególnie mocno utkwiła mi w pamięci, którą kiedyś w czasie kazania przedstawił jeden z moich kolegów. Brzmi ona: Miłość jest wtedy, gdy dla kogoś tracisz czas i pieniądze. Subtelniej rzecz ujmując: gdy nimi się dzielisz. Dzielisz nie stawiając przy tym żadnych granic. No może poza tymi, które wyznaczają prawo i dobre obyczaje.
 
Dzisiejsza niedziela zwana jest w Kościele niedzielą misyjną. Niedzielą – dedykowaną misjom. W równym stopniu tak samemu dziełu, jak i ludziom w nie zaangażowanym. Dziełu, które na nasz użytek – uciekłszy się do analogii – możemy nazwać dzieleniem się Bogiem. Dzieleniem, które podobnie jak miłość uwzględnić musi ramy nałożone przez prawo oraz dobre (zwłaszcza lokalne) obyczaje.
 
Matematyka przydaje się nie tylko w szkole i w sklepie. W sferze wiary również nie sposób bez niej się obejść. Z pustego i Salomon nie naleje. Oczywistym zatem jest, że by móc się dzielić z innymi, najpierw samemu trzeba mieć. W odniesieniu do Boga, którym mamy się dzielić, owo mieć, sprowadza się do samemu Go poznać, a w konsekwencji samemu doświadczyć. Poznać i doświadczyć, czyli „mieć” Boga, który sam na to pozwala stając się dostępnym przez modlitwę, Słowo, sakramenty. Inaczej się nie da.
 
Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem (Mt 28,19-20). Słowa Jezusa znane jako ostatnie pouczenie adresowane są nie tylko do dwunastu apostołów, ale do każdego, człowieka, który przez przyjęcie chrztu stał się ogniwem w długim łańcuchu pokoleń i wiary. Wiary, którą od poprzednich pokoleń otrzymał. Wiary, którą w swoim pokoleniu żyje. Wiary, którą w równym stopniu sobie współczesnym, jak i przyszłym pokoleniom ma przekazać.  
 
Mając powyższe na względzie, dzisiejsza niedziela w jej misyjnym wymiarze staje się doskonałą okazją do przyjrzenia się sobie. Sobie
i swojemu chrześcijaństwu. Jego autentyczności i głębi. Przecież by się dzielić z innymi, najpierw samemu trzeba mieć. Przecież by miłować bliźniego, najpierw miłować trzeba siebie (Mt 22, 39).
 
I jeszcze jedno. Przysłowie powiada, że czym chata bogata, tym rada. Gospodarz przyjmuje gościa podając, co ma najlepszego. Prawda to. Nasza więc to rzeczy, by to, co dajemy innym było jak najlepszej jakości. Z najwyższej półki. Nowe. Świeże. Nieużywane. Od każdej zasady istnieje jednak odstępstwo, na które i tu jest miejsce. Od chrześcijaństwa, które ma być przekazane wymaga się, by nosiło wyraźne ślady użytkowania. Wyraźne odciski linii papilarnych. Twoich i moich.
 
tekst: ks. Michał Palowski

 

 

Nasza Pani z Filermo[1]
Madonna z Góry Filermo, bizantyńska ikona napisana temperą na drewnie, prawdopodobnie była już na Rodos przed przybyciem Szpitalników w 1306 roku. Mieszkańcy wyspy czcili ją jako autentyczny obraz Madonny napisany przez świętego Łukasza. Mówi się, że ikona dotarła na wyspę w cudowny sposób za czasów panowania ikonoklasty cesarza Leona III (AD 717-741). Ikona czczona była w klasztorze na Górze Filermo, stąd jej obecna nazwa. W czasie oblężenia w 1480 roku została przeniesiona do mieszczącego się w cytadeli kościoła św. Marka. Drzeworyt z 1496 roku przedstawia Wielkiego Mistrza Fra’ Pierre d’Aubusson’a nawiedzającego ją w czasie oblężenia. Po odparciu Turków d’Aubusson dobudował dwie kaplica, do sanktuarium, w którym znajdowała się ikona. Wyraził w ten sposób wdzięczność za Jej interwencje. Podlegli mu rycerze wierzyli, że momencie wielkiego kryzysu widzieli w bitewnym kurzu Matkę Bożą, której towarzyszyli św. Jan Chrzciciel i aniołowie.
W czasie drugiego oblężenia otomańskiego, które miało miejsce w 1522 roku kościół św. Marka został całkowicie zburzony. Nietknięta ikona została znaleziona pod gruzami. Wraz z pozostałymi relikwiami[2], jakie były w posiadaniu Zakonu towarzyszyła mu w czasie jego siedmioletniego wygnania. Przez krótki czas była przechowywana w kościele świętych Faustina i Giovita w Viterbo w środkowych Włoszech. Gdy Zakon osiadł w końcu na Malcie, co stało się w 1530 roku ikona została umieszczona w kościele św. Wawrzyńca w Birgu, gdzie przetrwała Wielkie Oblężenie 1565 roku. W czasie wznoszenia La Valetty ikona została ulokowana w pierwszym kościele, który został zbudowany w obrębie murów miejskich dedykowanym Matce Bożej Zwycięskiej. Z czasem kościół ten został przekształcony w kościół konwentualny pod wezwaniem św. Jana. W kościele tym ikona została umieszczona w specjalnie zbudowanym sanktuarium za słynnym srebrną zasłoną ołtarzową.
Po odarciu z kosztowności ikony i relikwii Napoleon zezwolił Wielkiemu Mistrzowi von Hopesch’owi na zabranie ich na wygnanie, na które skazał Zakon w 1798 roku. Ikona wraz z relikwiami została przekazana carowi Pawłowi I z okazji jego kontrowersyjnego wyboru na urząd Wielkiego Mistrza. Pokryta cudowna, zdobioną drogimi kamieniami złotą ryzą[3] ikona, po zabójstwie Pawła I, którego dokonano w 1801 roku, trafiła do Pałacu Zimowego w Sankt Petersburgu a następnie do pałacu w Gaczinie. Car Mikołaj I zlecił wykonanie kopii ikony, która miała być niesiona w czasie procesji uroczystości religijnych w miejsce drogocennego, bardzo delikatnego oryginału. Kopia trafiła na Rodos w 1925 roku. Obecnie znajduje się ona w bazylice Matki Bożej Anielskiej w Asyżu.
Po Rewolucji Październikowej (1917 roku) owdowiała cesarzowa Maria Fiedorowna zabrała z sobą na wygnanie do rodzinnej Danii ikonę oraz dwie pozostałe relikwie. Po kilku podróżach wszystkie wzmiankowane przedmioty trafiły w 1932 roku do Domu Królewskiego w Jugosławii. Przechowywane były w kapicy pałacowej w Dedinje. Powszechne było przekonanie, że uległy zniszczeniu w czasie bombardowania w 1941 roku.
Ikona i relikwie przetrwały ukryte przez serbskich mnichów prawosławnych. Następnie skonfiskowane zostały przez rząd marszałka Tito, który zamierzał sprzedać je potajemnie. Od czasów zakończenia II wojny światowej ich losy pozostawały utajnione. Ich zachowanie się w Czarnogórze zostało potwierdzone przez  Fra’ Richard’a Divall’a (Vice-Regenta Subprzeoratu Zakonu Maltańskiego pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia w Australii) w 1997 roku.
Do dnia dzisiejszego ikona zachowała się w doskonałej kondycji. Zarówno malunek, jak i ryza pozostały niemalże nietknięte, choć brakuje na niej kilku drogocennych kamieni. Złota ryza, która odsłania jedynie twarz Madonny jest udekorowana białym, emaliowanym ośmioramiennym krzyżem, który promieniuje z głowy Matki Bożej. Aureola, która okala Jej twarz jest ozdobiona rzędem drogocennych kamieni. Składa się nań osiem ogromnych rubinów i ułożone w kwiatowy wzór diamenty. Suknię madonny zdobią podwójny sznur diamentów oraz szafirowy naszyjnik. Ikona ujęta jest w złotą ramę, której narożniki zdobią podobizny skrzydlatych aniołków. Ikony obecnie znajdują się w klasztorze San Petru w Cetinje, gdzie mogą być nawiedzane przez pielgrzymów. Z kolei e pełni odrestaurowana ikona znajduje się w specjalnej „kaplicy” w muzeum w Cetinje.       
(Ks. Michał Palowski)                             


[1] Na podstawie Divall R. Fra’, Our Lady of Philermos w: Horsler V., Andrews J. The Order of Malta. A portrait, London 2011, s.28,  opracował ks. Michał Palowski KM
[2] Prawa ręka św. Jana Chrzciciela i fragmenty z Krzyża, które znalazła św. Helena
[3] Metalowa, bogato dekorowana okładzina (sukienka), osłaniająca całą ikonę z wyjątkiem twarzy, dłoni stóp. Często stosowana w XVIII-XIX w. 
 
O tym, co oczywiste
Widzisz, nie śmiej się ze mnie, ale ja przypuszczam, że Bóg podobny jest
do mnie, tylko wyższy, silniejszy, z większą fantazją, i do tego nieśmiertelny. Siedzi wygodnie na miękkich jagnięcych skórkach, a jego barak – niebo – nie jest sklecony ze starych kanistrów jak nasz, tylko
z obłoków. W prawej dłoni nie trzyma miecza ani wagi – to dobre
dla rzezimieszków i sklepikarzy. On dzierży wielką gąbkę nasyconą wodą jak chmura deszczem. Po jego prawej stronie znajduje się raj, po lewej piekło. Przychodzi biedna dusza – nagusieńka, bo nie ma ciała – i drży. Bóg spogląda na nią i uśmiecha się pod wąsem. Wnet jednak przybiera groźną minę. „Chodź tu – powiada grzmiącym głosem. – Chodź tu przeklęta!” – i zaczyna ją wypytywać. Dusza rzuca się do stóp Boga. „Litości! Przebacz mi!” – woła, a potem wylicza swoje grzechy. Recytuje je niby litanię bez końca, Bóg wkrótce ma tego dość i ziewa. „Zamilcz już – krzyczy – głowa mi pęka!” – i szast-prast, jednym machnięciem gąbki ściera wszystkie grzechy. „Wynoś się do raju! – mówi. – Piotrze, pozwól wejść tej nieboraczce!” Bo musisz wiedzieć szefie, że Bóg jest wielkim panem, a wielkość to przebaczenie.
 
Genialne w swej oczywistości i prostocie, choć może nie do końca teologicznie poprawne, ale przecież Aleksy Zorba nie był teologiem z akademickim cenzusem. Nie mamy stuprocentowej pewności, czy swoją mądrość ów zacny Grek wyssał z mlekiem matki, czy nabył ją bacznie obserwując otaczający go świat, czy też wyczytał z kart Księgi Rodzaju: Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę (Rdz 1,27), a potem po swojemu całą rzecz zinterpretował.
 
Niby wszystko takie oczywiste i jasne jak słońce: że jesteśmy stworzeni
na Boży obraz i nosimy w sobie Boży pierwiastek; i że w konsekwencji tego trzeba po wielokroć przebaczać winowajcom, a jednak życie niezbicie – z uporem godnym podziwu – dowodzi, że sprawy, które wydają się być oczywiste, w prozie codzienności sprawiają nam najwięcej problemów. Dowód: scena z dzisiejszej ewangelii.
 
Ignorantia iuris nocet. Nieznajomość prawa szkodzi. Przekraczając prawo nie można zasłaniać się jego nieznajomością. Stara rzymska zasada dotyczy każdego prawa. Tego Bożego również. By mogła poprawnie funkcjonować wymaga się, aby prawo było dostępne każdemu.
Bóg dopełnił tego obowiązki objawiając się. Boże objawienie uzupełniają wyniesione z domu wychowanie i katecheza. W konsekwencji tłumaczenie się z przekroczenia Bożego prawa – z grzechu – jego nieznajomością, w najlepszym przypadku można się narazić na pełne politowania spojrzenie bliźnich.
 
Jesteśmy tylko ludźmi. Nasza pamięć bywa zawodna i często płata figle. Warto więc regularnie sięgać do korzeni. Wracać do tego, co wydaje się być oczywiste i powszechnie znane. Do ewangelii i jej pochodnych. Przecież to znajomość spraw małych i podstawowych pozwala odnaleźć się również w odniesieniu do wielkich i oczywistych. W myśl ewangelicznej zasady: Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny (Łk 16,9).
 
Nieznajomość prawa szkodzi. Nie usprawiedliwia zachowań z nim niezgodnych. Znajomość wręcz przeciwnie. Niejednemu już pomogła cało wyjść z opałów. Nim położy się piękny dach potrzebny jest dobry fundament. Amen.
 
tekst: ks. Michał Palowski
foto: Internet  

 

 

Modlitwa do Boga przez Panów Chorych. 

Czcigodni Panowie Chorzy,  

módlcie się aby Bóg zesłał pokój na świat. 

Czcigodni Panowie Chorzy,  

módlcie się, aby Bóg zechciał mnożyć owoce ziemi, 

módlcie się za pielgrzymów płynących przez morza i wędrujących po ziemi, 

aby Bóg ich prowadził i doprowadził w bezpieczeństwie duszy i ciała do celu. 

Czcigodni Panowie Chorzy,  

módlcie się za siebie i za innych chorych chrześcijan, 

aby Pan nasz zechciał dać im zdrowie potrzebne ich duszom i ciałom. 

Czcigodni Panowie Chorzy módlcie się za dusze Waszych ojców i matek 

i za wszystkich chrześcijan, którzy odeszli, aby Bóg dał im pokój wieczny. 

Amen.

 

 
Cukier krzepi.
Genialne w swej prostocie stwierdzenie wymyślone przez Melchiora Wańkowicza – kiedy w latach trzydziestych minionego stulecia pracował jako doradca reklamowy Związku Cukrowników i za które otrzymał pięć tysięcy ówczesnych złotych – stało się jednym z najbardziej znanych sloganów w historii polskiej reklamy. Co więcej, jest chyba najczęściej cytowanym fragmentem z jego bogatego pisarskiego dorobku.
 
Krzepić to wedle słownikowej definicji czynić krzepkim, czyli pełnym tężyzny, siły; mocnym, silnym, czerstwym, rześkim; to dodawać sił, to wzmacniać zarówno fizycznie jak i moralnie. Innymi słowy cukier, a raczej jego spożywanie czyni krzepkim czyli pełnym tężyzny, siły; mocnym, silnym, czerstwym, rześkim; cukier dodaje sił i wzmacnia fizycznie. Cukier krzepi, ale nie tylko on. Krzepi również Jezus. Krzepi słuchaczy swoją ewangelią i płynącą z niej nadzieją.
 
Nadzieja jest jedną z trzech – oprócz wiary i miłości – cnót, w których wyraża się stosunek człowieka do Boga. Nadzieja każe widzieć w Bogu najwyższe i upragnione dobro. Dobro ku któremu człowiek stale dąży. Każe również widzieć w Nim Dawcę obietnicy zbawienia dokonanego już w Jezusie Chrystusie, a zarazem ciągle jeszcze realizowanego w historii i oczekiwanego jako pełnia królestwa Bożego. Nadzieja zwraca człowieka ku Bogu osobowemu: ku Bogu Ojcu; ku Jezusowi Chrystusowi; ku Duchowi Świętemu. Jest raczej zaufaniem komuś, niż nadzieją na coś.
 
Powtarzana przez katechetów anegdota powiada, że kiedyś jeden z nich